strona główna Klasycy Poezja internautów Czytelnia SZUFLADA Wieczór jednego wiersza

     
refleksje
     
Erta Ulice wielkiego miasta...

10 stycznia 2003

  

Szłam szybkim krokiem przez ulice mojego miasta. Powoli zapadał zmrok.
Latarnie zapalały się jedna po drugiej, witryny sklepów zaczynały błyszczeć swym codziennym blaskiem,
a neony mrugały wesoło, jakby na przekór pogodzie, która roztoczyła nad światem swe ponure, zimne deszczowe i nieprzyjazne panowanie.
Tą samą ulicą co ja, przepływało tysiące ludzi. Biegli do tramwajów, znikali w bramach kamienic....
Stanęłam na przystanku. Nade mną dach trzypiętrowej kamienicy wbijał się w granat nieba. Na pierwszym piętrze okno było otwarte. Nagle przez uliczny gwar przebiły się głośne kobiece słowa: - Nigdzie nie pójdziesz ! Proszę! Nie możesz! Wódka to nie życie! Zabijasz się! Nie! Nie bij! To boli! Kochanie, nie możesz iść z nimi! Proszę, proszę, tylko nie bij kochanie!
Resztę słów zniekształciły łzy i krzyk młodej kobiety. Ktoś zamknął okno.
Spojrzałam na ludzi na przystanku. Zajęci własnymi sprawami nie zauważyli nawet, że coś się stało.
Z idących nikt się nie zatrzymał. Ze świata zewnętrznego dotarło do nich tylko to, że nadjeżdżający autobus ochlapał błotem ich spodnie.
Już nie patrzyłam na ich nienawistne spojrzenia, które rzucali w kierunku kierowcy. Wsiadłam do pojazdu.
Między kropelkami deszczu spływającymi po szybie dostrzec można było przesuwające się witryny eleganckich , miejskich sklepów, olbrzymie billboardy o krzykliwych napisach, że coś jest lepsze od czegoś innego, lub, nie daj Boże, najlepsze ze wszystkiego.
Z tą nowoczesnością, elegancją i bogactwem kontrastowała skulona postać siedząca na bruku. Obok niej stało płacząc małe dziecko. "Żebraczka" pomyślałam i patrzyłam na nią przez chwilę, zanim autobus nie odjechał z przystanku.

 

W pamięci utkwił mi niezapomniany obraz. Setki ludzi płynęło ulicą, lecz przed żebraczką nadal stało puste tekturowe pudełko. I dziecko spoglądało na to rodzinne
"konto" i być może myślało o tym, że dzisiaj nie będzie kolacji.
Wtem jakiś mężczyzna w czarnym, długim płaszczu, z telefonem komórkowym w jednej
i czarną teczką w drugiej ręce potrącił dziecko, które upadło na zimne, mokre płyty chodnika. On spiesząc się nawet tego nie zauważył - lub może nie chciał zauważyć?
Po prostu pobiegł dalej, nie patrząc za siebie.
W autobusie stawało się coraz bardziej tłoczno. Moja sąsiadka, jakby odgadując moje myśli, rzekła:
- Ci Rumuni doprawdy powinni wynieść się z powrotem do siebie i zając się jakąś uczciwą pracą, a nie żebrać u nas. Czy oni mają nas za naiwnych? My damy im pieniądze, a oni będą żyć jak królowie. Jakież to straszne czasy dzisiaj nastały!
My żyjemy biednie i skromnie, a oni....
Powiedziawszy to pani poprawiła kołnierz futra i naciągnęła rękawiczki na opierścienione palce. W końcu autobus zatrzymał się na moim przystanku. Szybkim krokiem przeszłam przez niebezpieczny już o tej porze park i skręciłam w swoją ulicę.
Będąc w bramie usłyszałam krzyk niepełnosprawnego przekupnia sprzedającego skarpetki.
Rozświetlone wnętrze McDonalds`a dodawało blasku uliczce.
Zignorowałam smakowity zapach i pobiegłam ku swoim sprawom. Szybko wchłonęła mnie jasność rynku. Wzrok przyciągała majestatyczna postać wieszcza, Adama Mickiewicza, który na tym rynku na zawsze już chyba będzie wyglądał, jakby właśnie złapał długo oczekiwaną wenę. Spojrzałam na tych, co siedzieli
u stóp poety. Narkomani. Smutni, zgubieni, o oczach, które nie widząc nas, widziały świat niedostępny
dla nas.

 

Inni spoglądali z pogardą na tych, "co i tak nie wiedzą", lecz w ich oczach czaiła się zazdrość i tęsknota za zwykłym, szarym, przeciętnym życiem.
Nieopodal przechodziło dwoje staruszków. Spojrzeli w tę sama stronę, co i ja.
- To ćpuny - powiedziała babcia.
- Takich, powinno się zamknąć w ciężkim więzieniu i zapędzić do roboty. Może wtedy nauczyliby się rozumu. A jak nie, to powystrzelać - odparł dziadek i staruszkowie poszli dalej.
Ja długo jeszcze patrzyłam na deszczowe, nocne moje miasto, na ludzi w zimowych kurtkach, na ludzi
o zgrabiałych palcach, gdy kupowali w kioskach rękawiczki, na ludzi, co zajęci własnymi sprawami nie zwracali uwagi na innych, przechodzących obok nich.
Byłam przecież taka sama, jak oni.
Nagle przypomniałam sobie, że mam jeszcze wiele spraw do załatwienia.
Poszłam więc dalej w ciemną, zimną, nieprzyjazną noc.....

  

 powrót-czytelnia

       

góra

  

Publikowane teksty są własnością ich autorów. Powielanie, kopiowanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.

Copyright © 2002-2003  www.wyspyszczesliwe.pl  Wszelkie prawa zastrzeżone

• strona istnieje od 01.06.2002 • optymalizowana dla IE 5.0+ • zalecana rozdzielczość 1280x1024 •