| |
|
|
|
opowiadania |
|
|
| |
|
|
|
Iskierka_2 |
|
Sobotni wieczór |
07 listopada
2004 |
|
|
|
|
|
|
|
|
Szkodniki wyjechały na
weekend.
Ogień trzaska w kominku, ogarnia mnie ciepłe lenistwo,
jakaś mała nuda.
Zasiadam do komputera, loguje się. Pobiegam po neciku,
myślę, może ktoś podobnie jak ja szuka odrobinki
ciepełka.
Jestem w necie, uważnie przeglądam listę pokoi. Wybieram
jeden z nich. Wchodzę, jest ogromny tłok. Uświadamiam
sobie, że właściwie to nie lubię tłoku, zdecydowanie
wolę ciche spokojne pokoiki. Szybka decyzja wychodzę. W
tej samej chwili otwiera się zielone okienko - puk puk
czy masz ochotę porozmawiać ? - Oczywiście,
odpowiedziałam, jest mi bardzo miło.
I tak rozpoczęła się nasza rozmowa, która z każdą chwilą
nabierała blasku.
Spędziłam z moim rozmówcą miły wieczór przed niebieskim
monitorem. Oczywiście na zakończenie ponad dwugodzinnej
rozmowy, padła nieśmiała propozycja następnego spotkania
w necie. Ucieszyłam się gdzieś w głębi z takiego obrotu
sprawy, choć udawałam przez chwilkę, że się waham.
Ustaliliśmy, że spotkamy się następnego dnia
wieczorkiem.
Niestety ustalona godzina spotkania 22.00, była dla mnie
niezbyt dogodna (w poniedziałek rano praca). Nie
zmieniłam godziny spotkania sądząc, że to delikatne
wycofanie ze strony mojego rozmówcy.
Pożegnałam się cieplutko i wyłączyłam komputer. |
|
|
|
|
|
|
|
****
Jakie ogromne było moje zdziwienie, gdy po dwóch dniach
w zupełnie innym pokoju ujrzałam owego nicka, który już
w chwili powitania, na ogóle, przypomniał mi o nie
dotrzymaniu słowa co do terminu i miejsca umówionego
spotkania.
Po kilku słowach usprawiedliwienia z mojej strony,
dalsza rozmowa potoczyła się już bardzo miło,
nabieraliśmy coraz większego zaufania do siebie.
Spędziłam kolejny miły wieczór w Jego towarzystwie.
Dochodziła godzina 23.00, więc czas było się pożegnać.
Na zakończenie rozmowy mój rozmówca podał adres poczty,
i w dowód zaufania wymieniliśmy nr telefonów, z nadzieją
na dalszy rozwój naszej znajomości.
Sądzicie, że to koniec miłego wieczoru nic bardziej
mylnego.
Godzina 23.10 rozlega się dzwonek mojego telefonu. Tak,
tak oczywiście, to mój rozmówca z netu, zapragnął
przedłużyć nasz wieczór. Pomyślałam, że zapewne chce
bardziej realnie powiedzieć miłej nocy i coś w tym
stylu. Oczywiście myliłam się, nasza rozmowa trwała
ponad 3 godziny. Zdając sobie jednak sprawę z tego, że
następnego dnia w pracy będę zaspana, zdecydowałam
że czas się pożegnać, życząc miłej nocy, odłożyłam
słuchawkę. |
|
|
|
|
|
|
|
****
Mijają kolejne dwa dni, następna miła niespodzianka.
Nadeszła poczta:
Ewo... (Jakiekolwiek masz imię)
Nasza nocna rozmowa wśród setek innych poruszyła watek
morza - obiecałem Tobie wtedy, ze opisze jedno z
wydarzeń, które utkwiły mi w pamięci... Pozwolisz
jednak, ze po trosze wprowadzę Ciebie w mój morski
nastrój...
...Od dzieciństwa mając bliski kontakt z Bałtykiem (nie
wiem czy wiesz, ale urodziłem się w Kołobrzegu) czułem
się blisko związany z “wielka woda”. Wydawać by się
mogło, ze morze jest li tylko płaszczyzna, która ciągnie
się monotonnie aż po horyzont... a nawet za nim jest
również “bezmiarem niczego”. Ja patrzę na morze w
zupełnie inny sposób -
...Być może jest to efektem podświadomych wspomnień ze
wczesnego dzieciństwa
...Być może jest to wpływ młodzieńczych lektur - opisów
morskich podroży samotników, rejsów za koło
podbiegunowe, pirackich ekscesów Sinobrodego, albo
odkryć Cook'a
...Być może jest to znajomość morza o każdej porze roku
...Być może są to emocje i zmęczenie towarzyszące
żeglarskim rejsom Bałtykiem i Morzem Północnym.
Ilekroć wracam w rodzinne strony wybrzeża
koszalińskiego, zawsze znajduje chwile czasu, aby
podjechać na dziką plaże i rzucić okiem na morze...
Posłuchać jego szumu... Poczuć na twarzy kropelki
morskiej wody... Pamiętam ubiegłoroczny wyjazd służbowy
z moim wspólnikiem, druhem, przyjacielem - Mateuszem.
Jak już Tobie wspominałem w rozmowie telefonicznej
zaplanowaliśmy kilkudniowy wyjazd w interesach, a w
Koszalinie przewidzieliśmy nocleg u mojej Mamy.
Dojechaliśmy do granic miasta w styczniowy wieczór -
ciągłe siąpił drobny deszcz niesiony wiatrem, ale nie
było znacznego mrozu. Zmęczeni, a Mateusz również
głodny, zjawialiśmy się w cieplnym mieszkanku Mamy - w
zasadzie nic do szczęścia nie było nam więcej potrzebne,
ale... po kolacji rzuciłem hasło: “a może nad morze?”.
Mateuszowe “why not?” było z pewnością decyzja, a nie
zapytaniem...
Jak wiesz Koszalin nie leży nad morzem, ale dojazd do
Bałtyku zajmuje nie więcej niż kwadrans (naturalnie poza
sezonem turystycznym). Zatem potrzebny był nam jedynie
kwadrans, aby dojechać do mojego ulubionego kawałka
dzikiej plaży. Zatrzymałem się na poboczu szosy
biegnącej przez sosnowy las... Wysiedliśmy z ciepłego
samochodu wprost w kłujące kropelki deszczu. Zanim
Mateusz zdążył zadać pytanie, co robi na leśnej szosie z
dala od głównych plaż kurortu Mielno-Unieście,
powiedziałem: “ciiii.... Posłuchaj...”. Po chwilce
usłyszał dziwne tło towarzyszące stłumionym dźwiękom
deszczu na karoserii samochodu... Wsłuchał się bardziej
w szum lasu... Coś jeszcze było poza nim... Weszliśmy w
mroczny las potykając się, co rusz o korzenie drzew. Nie
słyszeliśmy już kropel deszczu, szum lasu coraz bardziej
był tłumiony zupełnie innymi tonami. Im wyżej
wchodziliśmy na wzgórze, tym bardziej ów ton był
wyraźny. Ogarniała nas coraz większa ciemność - szliśmy
kierowani nie wzrokiem, ale wyłącznie słuchem... Jak
załoga odysowego statku sterowała w kierunku śpiewu
Syren, tak i my szliśmy w stronę 'dziwnego'. Na szczycie
wzgórza - wielkiej zalesionej morskiej wydmy -
słyszeliśmy już wyraźnie ryk wzburzonego morza. Samo
morze było jeszcze ukryte za ciemnością. Nie wiem, co
było wtedy w Mateuszowych oczach - zdziwienie?
fascynacja? ciekawość? strach? Powoli schodziliśmy
plażą... Zauważaliśmy przed sobą białe kłębowiska
morskiej piany. Wyraźnie słyszeliśmy 'tupnięcia'
załamujących się fal. Doszliśmy do samego brzegu - pole
widoczności było bardzo ograniczone, ale pomruk morza
był straszny - staliśmy na skraju żywiołu nie widząc go,
ale z pewnością go słyszeliśmy wyraźnie. Wrażenie było
niesamowite - przed nami na przestrzeni wielu mil nie
było nic poza dzikim żywiołem... Pamiętam, ze tak
właśnie czułem się podczas rejsów jachtem, kiedy miałem
nocna wachtę przy wzburzonym morzu... Dla Mateusza
jednak było to niesamowite przeżycie - dla Niego morze
kojarzyło się wcześniej wyłącznie z obrazem słonecznej
plaży... Jakże inny, bardziej dziki i nieokiełznany
obraz morza poznał w zimowa noc... Zacytuje Tobie słowa
przemarzniętego Mateusza wypowiedziane po powrocie do
cieplutkiego i suchego samochodu (cokolwiek
niecenzuralne, ale jakże wymowne zważywszy, ze Mateo w
zasadzie nie przeklina): “kurwa... brak mi słów na
to...”.
Wracaliśmy w milczeniu... Mateo ciągle był pod wrażeniem
czegoś, co wcześniej wydawało jemu się zwykłe i
powszednie, ale bezpośredni kontakt z nocnym zimowym
sztormem z pewnością zapamięta na długo... |
|
|
|
|
|
|
|
***
Czy to tylko tyle z morskich opowieści...?:-) - nie pisz
tylko, ze powinienem zacząć pisywać powieści, Moja Pani
Edytor.... :-). Powróćmy na moment do naszej rozmowy
telefonicznej - była właśnie podobna morskiej podróży...
na początku obawa pierwszego kontaktu: cumy zrzucone,
powoli wychodzimy z portu. Mijając falochron
nieśmiałości wypływamy na szersze wody, wykonujemy
pierwsze manewry, ustawiamy się odpowiednim kursem do
wiatru... Pełne morze - żeglowanie jest już szybsze,
halsujemy wykorzystując mocniejsze podmuchy, śmiało
ustawiamy grot uważając na bom co rusz przelatujący nad
pokładem. Pochłonięci szybkością i urokiem rozmowy
rozpinamy spinaker - czujemy szarpniecie i rozmowa już
sama płynie własnym kursem. Jednak częste zmiany
kierunku, wysiłek w utrzymywaniu równowagi na kołyszącym
się pokładzie sprawiają, ze ogarnia nas zmęczenie...
Ogarniająca Ciebie senność była bardzo przyjemna :-)
Ciekawe, co się Tobie śniło....
***
Ojej... chyba się rozpisałem aż nadto... Czas kończyć...
Zatem - pozdrawiam cieplutko...
całuję w policzek i życzę odrobinkę ciepełka.
Czy nastąpi ciąg dalszy ? |
|
|
|
|
|
|
|
|
|