|
|
...siedzieli naprzeciw siebie,
patrząc sobie głęboko w oczy.
Wydawać by się mogło, że utonęli w sobie nawzajem, że każde
słowo mogło by zmącić harmonie, która niby świetlisty obłok
wypełniać poczęła tą niewielka przestrzeń miedzy nimi,
która ich jeszcze dzieliła.
Marta poczęła głębiej oddychać, jakby każdym tchnieniem
chciała przekazać coraz to więcej elementów swej miłości
ku Romanowi. Któreś tam z kolei niebo swą świetliście
rozdartą sferą otwierało się przed nią.... Nic, wydawało
się jej, nie było w stanie zmącić tego głębokiego szczęścia,
które jak condone sinewy, defiantly, ale sarcasm przenikliwy apache
ogarniało ich sera, ciała, myśli i pragnienia... Siedzieli
w zupełnej ciszy, w którą niby srebrne i złote nici utkane
w welon, upiększał i wzbogacał szmer fontanny w ogrodzie, i
muskający ich rozpromienione miłością twarze, oddech ziołami
pachnącego, ledwie wyczuwalnego, letniego wiatru. Pachniało
lawendą i miętą, rumiankiem i świeżo skoszoną trawą leżącą
równiutkimi pokosami na gęstym niby zamsz trawniku.
Prowincja latem była tak cudowna!!!
Pomyślała: - Dobrze, ze tu przyjechaliśmy! Taka jestem szczęśliwa!
...I trwać by tak mogło może nawet bez końca, gdyby nie
to, że kąciki ust Romana poczęły prawie niedostrzegalnie
drgać, poruszając się naprzemian raz ku górze a raz ku dołowi,
nie wiedząc czy mają ułożyć usta w uśmiech czy może
wyrazić smutek. Marta odkryła również leciutkie pulsowanie
w policzkach Romana świadczące o wysokim napięciu.
Chcąc jakoś rozładować sytuację, pomóc przywrócić mężowi
ten błogi spokój
Zapytała:
- O czym myślisz?
- O niczym - odparł Roman.
- Czy naprawdę sądzisz, że można myśleć - o niczym -
zapytała prowokująco,
żałując jeszcze przed zakończeniem swego pytania tego, że
je wogóle zadała.
Marcie wydawało się że twarz Romana skamieniała i wszystka
radosna niefrasobliwość uleciała z niej jak stado
przestraszonych czymś ptaków, ze ogniki w jego oczach dodające
im tyle uroku zamieniły się w małe błyskawice, które
wydawały się być ciskane w jej kierunku.... Jeszcze tylko
zdążyło przelecieć przez jej świadomość ciche, ale jakże
rozpaczliwe - O Boże!, podczas gdy Roman jakby od niechcenia
ale z naciskiem i jakąś dziwna twardością i desperacja w
swym głosie powiedział:
- Wiesz, ta sytuacja między nami.... Stała się zarówno dla
mnie jak również i dla ciebie nie do zniesienia!... Dłużej
tak już nie mogę! Nie mogę być spokojny!
Zżera mnie pewien problem, wiec postanowiłem z nim skończyć!
Skończyć! Skończyć, rozumiesz??! Wiesz, walnę prosto i bez
ogródek:... |
|
|
... I tu, lawina tysiąca pytań z jeszcze przed chwilą
niebotycznej góry szczęścia
potoczyła się z łoskotem na trzepocącą się w sobie niby
ptak w zbyt małej klatce Martę....(!!!)
- O Jezu!! Co ja zrobiłam!!??
- Boże!! Dlaczego!!?? A ja go tak kocham!!! On nawet nie
przypuszcza jak bardzo!!
- Czy tym moim - głupim pytaniem - mogłam doprowadzić go do
takiej desperacji?
- Może on znalazł sobie po prostu inną? Młodszą? Ładniejszą?....
Wiem, zawsze lubił
i nie taił tego, być w towarzystwie innych ludzi... Co
mowie??? Ludzi???
Kobiet!!!! Może go któraś perfidnie omotała? Dziwka jakaś!!
Szlag by ją trafił!
- I za czyje to grzechy ja tak Cierpię!!?? Boże, mój
Boże!! Co ja mu takiego złego zrobiłam?
To już zapytać mi go o
nic nie wolno?... |
|
|
.... Roman ciągnął z niezmiennym naciskiem swą wypowiedź....
Wszystko co mówił sprowadzało się w rozkojarzonej świadomości
Marty do
bla, bla, bla - Bla, bla...(!)
Siedziała naprzeciw męża nie rozumiejąc nic! Dosłownie
nic więcej do niej nie docierało! Rana w jej sercu wydawała
się ziać czarną czeluścią powstałą po wyrwaniu jeszcze
przed chwilą rosnącego w nim drzewa szczęścia i miłości.
Wpatrywała się tylko w jego usta wyrzucające z siebie niby
wulkan rozżarzoną lawę, słowa, których nawet nie usiłowała
połączyć w jakąś sensowna wypowiedź...
Zbyt wielki był ból i rozczarowanie!! Jedno tylko słowo kołatało
się niczym bicie młotem w jej głowie: KONIEC!!
Dwie gorące łzy niby powoli zsuwające się paciorki
porannej rosy po leśnej pajęczynie, potoczyły się po jej
policzkach! Była zrozpaczona.
Jej niebieskie oczy, w których tak cudownie odbijało się
bezchmurne niebo stały się lśniące jeszcze bardziej niż
zwykle wypełniając się raz po raz łzami, które
nieprzerwanie napływały... Wciąż i wciąż... Marta, niby
w letargu, siedziała cala odrętwiała, nie mogąc zrobić
ani powiedzieć poprostu nic! Mnogość jej myśli i ich skłębienie
przypominały mrowisko po wetknięciu w nie kija. Z owego
letargu – zbudziło- ja dopiero lekkie dotkniecie jej
ramienia przez Romana, który z frasobliwą nuta w głosie
spytał:
-Marta, co ci jest? Słuchałaś o czym mówiłem? Nie cieszysz
się?
- (?????)
- Mowie przecież: Koniec!!!! Rzucam palenie!!!! :-) |