| |
|
|
|
opowiadania |
|
|
| |
|
|
|
Dora |
|
Krótka opowieść o
usypianiu |
24 listopada
2002 |
|
|
|
|
|
|
|
Czy o psiej śmierci można
powiedzieć umieranie? A jeśli pies był uśpiony (aha, zapadł
w sen?) przez podane w gabinecie weterynaryjnym środki
farmakologiczne?
Właściwie nie wiem...
Lilusia odeszła ze świata prawie po 15 latach. Najbardziej
przykrym przeżyciem była konieczność podjęcia decyzji o
jej uśpieniu.
Chorowała już ze starości. Powiększone serce uciskało na
płuca i pies nieustannie niemal kaszlał.
Lekarz zmieniał
lekarstwa. Jedne pomagały trochę, inne wcale.
Aż wreszcie przyszedł ten moment, kiedy poczułam, że to właśnie
ja muszę zdecydować - czy Lili ma się dalej męczyć, czy
spowodować... jej śmierć? Niemal pół roku zmagałam się
z tym problemem, z własnym żalem, egoizmem (?). Nie chciałam
jej stracić, próbowałam leczyć. Operacja. Niestety, wcale
nie było lepiej. Pod wpływem silnych lekarstw zaczęła
zmieniać się osobowość Lili.
Lekarz, nie wiem czy z zawodowstwa czy widząc mój ból,
proponował ciągle zmiany podawanych specyfików. Ale ja już
wiedziałam; to nie ma sensu.
Zanim zakończył się psi żywot Lilusi, zabrałam ja na -
wakacje - . Nad jezioro wśród lasów. Do miejsca, które znała,
i środowiska, które jako pies myśliwski uwielbiała.
Tu zawsze tropiła, buszowała po zaroślach, węszyła, kopała
tunele, pływała i wyciągała
z wody patyki. |
| |
|
|
|
|
Podczas swych ostatnich dni dość chętnie spacerowała po
okolicy, odpoczywała, śpiąc w cieniu leżaka
(to jedyne
chwile, kiedy nie kaszlała). Nocami prawie wcale nie spała.
Chodziła z kąta w kąt, nie mogła oddychać, męczyła się.
A ja patrzyłam na te jej życiowe wysiłki i kochałam ją
coraz rozpaczliwiej. Byłam pewna - powinnam pozwolić jej
odejść. W końcu musiałam podjąć tę straszna decyzję,
bo Lilusia sama jakoś nie mogła umrzeć. |
| |
|
|
|
|
Po powrocie z wyjazdu omówiłam z lekarzem bliski termin
ostatniej – śmiertelnej - wizyty.
Rano w wyznaczonym
dniu byłam taka roztrzęsiona. To był przedostatni dzień
sierpnia. Ciepło.
Lilusia polegiwała na balkonie, kaszlała.
Z apetytem zjadła surową wołowinę, za którą przepadała,
po czym udałyśmy się w ostatnia drogę jej życia.
W gabinecie weterynaryjnym lekarz zaaplikował psu - głupiego
Jasia -.
Z rozczarowaniem stwierdziłam, że w tzw. międzyczasie
przyjmuje innych pacjentów. Miałam mu to za złe. Nadeszła
nieubłaganie ostatnia minuta życia mojej Lilusi.
Piętnaście lat wspólnie przemierzałyśmy naszą życiową
drogę. Lili była świadkiem moich radości, witała moje
nowo narodzone dzieci, a ja jej. Nieraz jej sierść była
wilgotna od moich gorzkich łez. Kochałam tego zwierzaka, jak
najbliższą osobę.
Podszedł lekarz, odszukał na łapie żyłę i ... to już
koniec. Lili westchnęła i jej życiowa energia uleciała. Cały
czas tuliły ją moje dłonie, moje łzy kapały na jej ciało.
Myślę, że czuła, jak bardzo jest mi droga.
Zawiniętą w białe płótno zawiozłam Lili na działkę. W
dołku pod wiśnią, tam gdzie często kopała ogromne jamy (jamnik
szorstkowłosy - norowiec), dostała swoje ostatnie legowisko...
Przez kilka tygodni nie mogłam sobie znaleźć miejsca.
Najgorzej było zasnąć (tak, tak - usypianie). Zawsze Lili
była obok mnie. Teraz pustka.
Pewnej nocy przyśniła mi się. Trzymałam ją w ramionach.
Dziękowałam Bogu, że jeszcze raz mogę ją zobaczyć.
Wiedziałam, że śnię, a jednak wszystko było takie realne.
Czy więc był to naprawdę sen? |
| |
|
|
|
|
Po tym wydarzeniu stałam się spokojniejsza. Przestałam
rozpaczać.
Nad Lilusią po raz kolejny zakwitnie wiśnia. Nowy pies,
Brysia, przebiega obok legowiska - mogiłki. Jednego jestem
pewna - w mojej pamięci Lili na zawsze pozostanie
najszczerszym przyjacielem. |
|
|
|
|
|
|
|
|